WITAM W DZIALE ***PRASA*** ARTYKUŁY, WYWIADY, RECENZJE ORAZ WYCINKI I CIEKAWOSTKI Z GAZET...

*** WIZYTA KRÓLOWEJ W POLSCE ***

Podczas wizyty Briana Maya i Rogera Taylora z zespołu Queen w Warszawie, ich opiekunką była Kinga Siennicka z firmy Pomaton EMI. Oto garść refleksji ze spotkania ze słynnymi muzykami.

Początkowo miał przylecieć tylko Roger, jednak na dwa dni przed planowaną wizytą okazało się, że Brian, który wrócił z urlopu, też chętnie wybierze się do Warszawy. Wiadomo również było, iż towarzyszyć im będzie Jim Beach - legendarny menażer zespołu i postrach całego EMI. O Jimie słyszałam przeróżne opowieści, generalnie wszyscy moi koledzy z EMI zgodnie stwierdzili, że Jim jest nawet miłym facetem - do czasu, kiedy coś pójdzie nie po jego myśli. Tak więc dla własnego bezpieczeństwa sprawdziłam wszystko trzy razy: apartamenty w hotelu Bristol, limuzyna (ośmiometrowy Cadillac), restauracje, przebieg uroczystości wręczenia Fryderyków i platynowej płyty itd.

W końcu nadszedł ten wielki dzień - wtorek, 19 marca. Pierwszy przyleciał Jim, który mieszka w Montreux, w Szwajcarii. Okazał się niewinnie wyglądającym, starszym panem z wadą wzroku zwaną... zezem, która, muszę przyznać, nieco utrudniała kontakt podczas rozmowy... Parę minut po piętnastej wylądował "ten właściwy" samolot, na pokładzie którego znajdowali się Roger Taylor, Brian May i Martin Groves - przyjaciel Rogera, jego ochroniarz, asystent i "wszystko po trochu"... Na lotnisku czekał oczywiście tłum fanów, którzy w sobie tylko wiadomy sposób dowiedzieli się o godzinie przylotu zespołu (niektórzy czekali już podobno od szóstej rano!), jak również kilkunastu fotoreporterów i przedstawicieli telewizyjnych programów informacyjnych (Teleexpress, Panorama, Wiadomości). To właśnie ci ostatni okazali się najbardziej kłopotliwi. Po mniej więcej dwudziestu minutach i interwencji sześciu ludzi z ochrony udało nam się jednak dotrzeć do limuzyny i w miarę sprawnie dojechać do hotelu.

Wieczorem rozdanie Fryderyków, wcześniej jednak zaplanowana została kolacja na Starym Mieście. Ponieważ panowie wyrazili ochotę przespacerowania się, Brian miał okazję, by poćwiczyć polskie zwroty grzecznościowe, których miał użyć podczas swojego wieczornego przemówienia w Teatrze Polskim. Albo ja nie jestem najlepszym nauczycielem, albo... język polski zbyt trudny. W końcu jednak zwroty zostały utrwalone, sprawdzian podczas kolacji też wypadł pozytywnie i wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku do momentu, kiedy stanęliśmy za kulisami w teatrze, tuż przed wyjściem muzyków na scenę. Wtedy Brian stwierdził z przerażeniem w oczach: Ja tego nie powiem!! Wyjdę na kretyna, który udaje, że mówi po polsku, a poza tym będę brzmiał żałośnie ze swoim angielskim akcentem! Nie pozostało mi nic innego, jak tylko stwierdzić, że jeżeli ja mogę z siebie robić kretynkę mówiąc cały czas po angielsku to on może z siebie zrobić "kretyna" przez dziesięć sekund wypowiadając jedno zdanie po polsku! Poskutkowało. Brian wyszedł na scenę i wykrztusił: Dobry wieczór... jesteśmy zaszczyceni. A po zejściu ze sceny rzucił mi się na szyję ze słowami: Udało się! i widać było, że jest naprawdę szczęśliwy i wzruszony.

Pan May jest człowiekiem, który żyje w swoim własnym świecie, wiecznie w coś zapatrzony, nieobecny myślami. Potrafił na przykład godzinami wybierać prezenty dla swojej rodziny w sklepie z bursztynami, podczas gdy wszyscy umierali z głodu czekając aż on się na coś zdecyduje... To właśnie przez Briana o mało się nie spóźniliśmy na samolot... bo koniecznie musiał zrobić zdjęcie Pałacowi Kultury i Nauki!

Po uroczystości udaliśmy się na podbój nocnej Warszawy, w żadnym z lokali nie zabawiliśmy jednak zbyt długo, gdyż wszędzie muzycy byli natychmiast rozpoznawani i rozpoczynało się rozdawanie autografów...

Następnego dnia pojechaliśmy zobaczyć Łazienki i pomnik Chopina, który Roger chętnie zabrałby ze sobą do domu. Muzycy zrobili sobie także pamiątkowe zdjęcie z polskimi policjantami, którzy okazali się być eskorta (tej drugiej) Królowej Brytyjskiej, zjedli, spakowali się i z małymi kłopotami (o których wcześniej) dotarli na lotnisko. O godzinie szesnastej szczęśliwie opuścili nasz kraj...

Możemy jednak być pewni, że przynajmniej Brian do Polski powróci (być może z koncertami w listopadzie, gdy ukaże się jego solowa płyta (chodzi o listopad'96, co, jak -wszyscy zapewne wiedzą- okazało się prognozą nieco chybioną - przyp. T.W.)... Z tej prostej przyczyny, że nie zdążył zrobić sobie zdjęcia na tle Pałacu Kultury.