WITAM W DZIALE ***PRASA*** ARTYKUŁY, WYWIADY, RECENZJE ORAZ WYCINKI I CIEKAWOSTKI Z GAZET...

*** LIVING ON MY OWN - FREDDIE MERCURY ŻYJE ***

Po dwóch latach od jego śmierci wciąż o nim pamiętamy. Freddie Mercury był fascynującą postacią i jednym z najwybitniejszych wokalistów rockowych.

Okazałe, skrzące się kostiumy i wielkie pozy, hulaszcze eskapady i osobowość "większa niż Empire State Building" - taki był Freddie Mercury. Dwa lata temu, 24.11.91, zmarł w swojej luksusowej willi w ekskluzywnej dzielnicy Londynu, Kensington, dawno uznany za legendę frontman grupy Queen.
Ekstrawagandzka supergwiazda, jeden z najbardziej kolorowych rajskich ptaków w historii rocka, przegrał beznadziejną walkę z AIDS. Śmiertelny wirus wykończył go po czterech latach. Mimo iż angielska prasa już na miesiące wcześniej plotkowała o prawdopodobnej chorobie Freddiego, a on sam w dniu poprzedzającym zgon przyznał się do zakażenia wirusem HIV, jego śmierć była wielkim szokiem dla fanów na całym świecie: Freddie Mercury był jedną z pierwszych ofiar AIDS w świecie muzyki pop i rock.
Także w tym roku tysiące najwierniejszych wielbicieli pielgrzymują do otoczonego wysokim murem domu, w którym obecnie mieszka najlepsza przyjaciółka i niegdysiejsza towarzyszka życia Freddiego. Dom ten stał się miejscem kultu dla fanów Queen. Zapalają oni znicze, składają wieńce, płaczą i modlą się - za swojego nieśmiertelnego idola, którego ostatnią wolą było, aby jego zwłoki zostały spalone w londyńskim krematorium Kensal Green, a prochy rozsypane na wietrze.
Freddie, który sam mówił o sobie, że miał więcej kochanków (męskich i damskich!) niż Liz Taylor, przeżył swoje życie jak jedną nieustającą prywatkę: woził swoich przyjaciół samolotem Concorde na wielodniowe orgie do Nowego Jorku albo na swoją ulubioną wyspę Ibizę, obdarowywał ich drogimi limuzynami rolls - royce, drogocennymi zegarkami od Cartiera albo garniturami najmodniejszych projektantów. Szampan płyną strumieniami, nie brakowało także narkotyków w rodzaju kokainy. Sama tylko feta z okazji 35 urodzin kosztowała blisko milion dolarów.
Freddie kochał dzikie, hulaszcze eskapady, podczas których znajdował się zawsze w centrum zainteresowania. Nic nie sprawiało mu takiej radości, jak bycie wielbionym - zarówno w życiu prywatnym jak i na scenie. Nieprzerwane wiwaty i aplauzy były jak narkotyk dla egocentrycznego wokalisty. To go napędzało do podejmowania największego wysiłku. Freddie uchodził za jednego z największych showmanów rock'n'rolla.
W życiu prywatnym nadwrażliwy wokalista był często samotny. Niektórymi przyjaciółmi był rozczarowany, a przez innych wykorzystywany. I aż do końca nie było mu dane znaleźć wielkiej miłości życia, o której śpiewał w klasycznym utworze "Love Of My Life". Jedynie Mary Austin, którą poznał w 1970r. w jej londyńskim butiku i z którą mieszkał nawet przez siedem lat, była z nim zawsze, aż do ostatniego tchnienia.
Freddie nigdy nie robił tajemnicy ze swojego homoseksualizmu. Po raz pierwszy dostrzegł te skłonnośi mając 13 lat, gdy chodził jeszcze do Boarding School w Bombaju w Indiach. Stosunki z głęboko wierzącymi rodzicami Bomi i Jer uległy załamaniu, kiedy powiedział im że jest gejem. Dopiero na krótko przed jego tragiczną śmiercią doszło do pojednania.
Freddie urodził się 5 września 1946 roku jako Farookh Bulsara na wschodnio afrykańskiej wyspie Zanzibar. Dzięki jego niesamowitemu głosowi i wielkiej charyzmie zespół Queen został okrzyknięty jednym z najbardziej znaczących zespołów w historii rocka.
W ciągu 21 lat istnienia Królowej Freddie i jego przyjaciele Brian May (gitara), Roger Taylor (perkusja) i John Deacon (bas) stworzyli niezapomniane klasyki, jak np. "We Are The Champions", czy "Radio GaGa". Aż do gorzkiego końca freddie trzymał się twardo. Jeszcze na kilka miesięcy przed śmiercią nagrywał w okropnych bólach ostatni album Queen "Innuendo". Płyta z piosenką "The Show Must Go On" stała się testamentem. Dwa lata mineły od czasu gdy Freddie zmarł. W drugą rocznicę jego śmierci na listy przebojów wspioł się kolejny singiel "Living On My Own". Ale Freddie wciąż żyje w sercach swoich fanów - Freddie forever!