WITAM W DZIALE ***PRASA*** ARTYKUŁY, WYWIADY, RECENZJE ORAZ WYCINKI I CIEKAWOSTKI Z GAZET...

*** PŁONĄCA STODOŁA ***

Być może nie powinienem pisać właśnie o tym, NAJWAŻNIEJSZYM dla mnie koncercie. Żadne słowa nie są w stanie oddać przeżytych tam i wtedy wzruszeń. Jednakże dobrych wspomnień nigdy za wiele - nie zaszkodzi zatem spróbować.

Nad koncertem w ramach Another World Tour 1998 od początku gromadziły się czarne chmury. Tuż przed Wielkanocą w wypadku samochodowym zginął Cozy Powell - genialny perkusista i bliski przyjaciel Briana, który nie mogąc pozbierać się po tej stracie rozważał nawet odwołanie zaplanowanej już trasy. Oczekiwanie na warszawski koncert przebiegało zatem w atmosferze niepewności, aż do momentu, gdy ogłoszono, że nowym członkiem The Brian May Band został Eric Singer - dobry znajomy z Kiss i Black Sabbath. Wreszcie nadszedł ów dzień wrześniowy. Do Stodoły zjechali fani z całego kraju - zero tzw. przypadkowej publiczności, pełna wspólnota. Do tego wielu polskich muzyków, którzy także chcieli zobaczyć w akcji Mistrza. Najpierw genialny pomysł na wejście, a zarazem potem The Space i... "Witaj Warszawo! Nareszcie jestem z Wami!" - Brian ogłasza rozpoczęcie misterium. Na pierwszy ogień leci "Since You've Been Gone" i słowa te od razu nabierają oczywistego znaczenia. Chwilę później Brian dedykuje Cozyemu "The Business" - wokół totalne szaleństwo, ale słychać wyraźnie, że coś niedobrego dzieje się z brzmieniem gitary. Brian prosi o chwilę cierpliwości, raz po raz znika za kulisami. Licho nie chce, to niech nie śpi, ale żeby popsuć taaaaką atmosferę?! Nie jest to na szczęście możliwe - pod nieobecność lidera grupa sięga po "rezerwowy" blusik, a owacjom i tak nie ma końca. Identyczna reakcja na klawiszowe solo Spikea Edneya.

May powraca z gitarą akustyczną. Porządek koncertu zachwiany, jego magia - wprost przeciwnie, wszyscy wiedzą, że za chwilę nastąpi "Love Of My Life". Wydaje się, że cała marność tego świata chowa się gdzieś zawstydzona pięknem tego utworu. Podobnie jest podczas "Another World": ogniki zapalniczek i - przysięgam - łzy w oczach. Gdy niesforna Red Special dał się wreszcie naprawić, pomyślałem, że Brian przejdzie teraz samego siebie - w końcu reputacja ulubionego instrumentu została poważnie nadszarpnięta! I faktycznie - zespół przyłożył z takim czadem, że w Stodole rozpętało się istne pandemonium: "China Belle", "Fat Bottomed Girls", "Tear It Up", "The Show Must Go On" - euforia wprost proporcjonalna do zaskoczenia, "I Want It All". Wspaniałe, sabbathowe w klimacie solo basisty Neila Murraya i wreszcie najwspanialszy hołd dla Cozyego: "Resurrection" w wersji identycznej jak na poprzedniej trasie - z ulubionym patentem Powella (cytat z Czajkowskiego!) i rozbudowanym solo perkusji. Po tym nastąpić mogły już tylko "Tie Your Mother Down" i "We Will Rock You". Totalną histerię przerwał Brian, zapowiadając na bis utwór Queen, którego Queen nigdy nie wykonał, czyli "No One But You". Najprawdziwsze czary. Całość zwieńczył przebój Mott The Hoople "All The Way From Memphis", przemianowany na "All The Way From Warsaw" i... najbardziej pamiętne Sto lat, jakie kiedykolwiek śpiewałem.

Najwspanialsze jest chyba to, że DLA NICH również musiał to być wyjątkowy wieczór. Godzinę po koncercie, odjeżdżając do hotelu, muzycy jeszcze raz skłonili się przed nami i nie było w tym widać pozerstwa tylko autentyczną radość. Tym bardziej wypada wierzyć, że jeszcze kiedyś dla nas zagrają; flaga z napisem THE CHAMPIONS IS BACK - WE LOVE YOU, BRIAN spoczywa w szafie w pełnej gotowości bojowej.