WITAM W DZIALE ***PRASA*** ARTYKUŁY, WYWIADY, RECENZJE ORAZ WYCINKI I CIEKAWOSTKI Z GAZET...

*** QUEEN - LINIA ŻYCIA ***

Być może ktoś mnie posądzi o tani sentymentalizm albo o mazgajstwo. To nic. Ja naprawdę nie potrafię spokojnie słuchać tej płyty. Nie potrafię zdobyć się na dystans. Nie ma wielu aż tak przejmujących płyt w historii rocka.

Przed czterema laty wielka radość z "Innuendo" nagle, z dnia na dzień, zmieniła się w obcowanie z płytą, której słuchanie stało się ciężarem czasem zbyt trudnym do uniesienia. Od tamtej pory sięgałem po "Innuendo", czy w ogóle po nagrania Queen rzadko, jedynie w jakichś bardzo specjalnych chwilach i z bardzo specjalnych powodów. Płyty Queen przestały być dla mnie zbiorami piosenek zespołu z genialnym wokalistą. Stały się nieodłącznym tłem chwil, kiedy musiałem poważnie pogadać z samym sobą, a świat mógł sobie w tym czasie spokojnie walić się w gruzy. Muzykę Queen cały czas miałem gdzieś w myślach i nie było potrzeby częstego jej przywoływania. Stało się to zbyt bolesne. I teraz nagle ta płyta. Znikąd. Z nieba.

Wiedziałem, że w 1990 roku zespół zarejestrował w studiach Montreux bardzo dużo materiału, mówiło się nawet o około czterdziestu utworach. Nie wiedziałem natomiast, że część tego materiału stanowiły jedynie partie wokalne, nagrywane przez Freddiego, gdy tylko siły pozwalały mu na pracę. Mieszkał tuż obok, zdarzało się więc, że skrzykiwał przyjaciół, kiedy tylko czuł się na tyle dobrze, aby to zrobić. Brian May:"Freddie mawiał - "Dziś mógłbym przyjść na kilka godzin. Pozwólcie mi to zaśpiewać. Zrobię z tym, co się da. Napiszcie mi cokolwiek - ja zaśpiewam. Zostawię wam tyle materiału, ile tylko zdołam..." Zostawił go dużo, tak dużo, że tylko on wiedział, ile go to kosztowało. Po wydaniu "Innuendo" było jasne, że to nie koniec. Że cos jeszcze być musi. Ale ta świadomość jednak powoli gdzieś się oddalała. I dlatego wiadomość o nowej płycie Queen była tak wielkim zaskoczeniem, a szósty listopada stał się nagle tak ważnym dniem.

Najpierw okładka - widok z ówczesnego domu Freddiego na jezioro w Montreux, z widzianą od tyłu znaną sylwetką... To rzeźba. Autorką jest nasza rodaczka Irena Sedlecka, a Freddie uchwycony został w tak charakterystycznej dla siebie pozie - pełnej triumfu i tej nieuchwytnej buńczuczności. Jakby jezioru po raz ostatni pokazywał swoją nieugiętość. U dołu coś w rodzaju małej pieczątki, jak na towarze przeznaczonym na eksport - "Made In Heaven". Wykonano w niebie. Gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości... Na tylnej stronie okładki Brian, Roger i John. Też wpatrzeni w jezioro. Jakby coś albo kogoś chcieli tam dostrzec. Albo poprostu cieszyli się widokiem, który niegdyś tak cieszył jego... Menażer Queen Jim Beach: "Wydaje mi się, że kiedy Freddie pierwszy raz przyjechał do Montreux, uważał je za najnudniejsze miejsce pod słońcem. I zabawne było obserwować, jak w ciągu następnych dwunastu lat powoli zakochiwał się w tym miejscu i zaczynał doceniać jego niepowtarzalny urok." Inspiracją dla okładki był utwór "A Winters Tale", tak szczególnie oddający stan ducha Freddiego w tym jedynym momęcie życia. "Tak cicho i nieruchomo, chwila pełna spokoju i szczęścia. Jakby jakiś czar wisiał w powietrzu. Co za prawdziwie wspaniały widok. Czyż to nie zapierająca dech w piersiach scena, gdy trzymasz w dłoni marzenia całego świata?" Utwór to jeszcze z innego powodu szczególny - to jego ostatni tekst. Wiele materiału powstawało w sposób zespołowy, ale Freddie również dużo pisał sam. I to tutaj właśnie z porażającą wyrazistością widać jego pełną świadomość faktu, iż linia jego życia kończy zataczając pełny krąg. Co wcale nie znaczy, że się no to godził.

Płytę rozpoczyna krótki wstęp - "Its A Beatiful Day". Świergot ptaszków, fortepian i Freddie Mercury. "Jaki piękny dzień - świeci słońce, ja dobrze się czuję. I teraz nikt mnie już nie powstrzyma. Teraz nie. Bo czasem czuję się źle, czasem jest mi smutno. Ale teraz nie powstrzyma mnie nikt." To beznadziejne. Beznadziejne jest nawet próbować... ile miałeś takich jasnych dni, Freddie? Jak często świadomość nieuchronnego zaciemniała ci radość z tego, co kochałeś najbardziej - ze śpiewania? To chyba nawet dobrze, że nigdy nie poznam odpowiedzi na te pytanie... Tytułowy utwór płyty powstał przed dziesięciu laty i znalazł się na solowym albumie Freddiego "Mr. Bad Guy". Wtedy był brawurowo zaśpiewaną, uroczą piosenką. Na tej płycie natomiast niemal każdy utwór jest krzykiem, a "Made In Heaven" jest krzykiem wyjątkowo przejmującym. "To wykonano w niebie. Dla nas wszystkich. A ja tylko gram swoją rolę w tej opowieści, czekając, aż dobiegnę do mety. Odbierając z pokorą wszystkie cierpienia, w zamian oddając całą swoją duszę. Tak widać zapisano w gwiazdach..." Z jaką pasją to zostało zaśpiewane, z jaką maestrią. Wielkim, pełnym głosem. I już nie wiem, komu on chciał uczynić pożegnanie lżejszym - sobie czy nam. "Tak po prostu musi być..." I nie wiem też, dlaczego wydaję mi się, że uśmiechał się, kiedy to śpiewał...

"Let Me Live" ma w sobie za sprawą grupowych partii wokalnych coś z ducha gospel, coś z żaru tamtych radosnych pieśni. A przecież więcej tu rozpaczy. "Ty tylko bierzesz, ja ciągle daję. A wszystko, o co proszę, to szansa na dalsze życie" - nie przypadkowo te wersy zaśpiewał Roger Taylor. Tak jak nie przypadkiem te należały do Briana Maya: "Ty po prostu żyjesz, ja po prostu umieram. Dlaczego nie potrafimy tak jak prawdziwi przyjaciele, po prostu przestać się okłamywać..." Może zbyt dosłownie by to zabrzmiało gdyby śpiewał to Freddie. A w ogóle mogła to być pieść dla zaborczej ukochanej. Mogłaby - gdyby to była inna płyta i inny zespół. "Więc pozwól mi żyć. I zacząć wszystko od początku." Gdyby podłożyć zamiast słowa "baby" słowo "God"... No tak, ale wtedy zabrzmiało by zbyt trywialnie. I ktoś mógły pomyśleć, że on się skarżył...

"Mother Love" to kolejny szczególny utwór na tej płycie. Nie tylko dlatego, że pod koniec wykorzystano tam fragment słynnego podśpiewywania Freddiego z widownią i nie tylko z powodu wsamplowania weń fragmentu z pierwszego utworu, jaki Freddie nagrał, gdy jeszcze ukrywał się pod pseudonimem Larry Lurex - "Going Back" z 1973 roku. Głownie dlatego, że to ostatni, jaki Freddie Mercury zaśpiewał. Przenikliwie smutny. Jakby powoli przeciekający przez palce. "Nie znoszę, kiedy widzisz mnie płaczącego. Chcę mieć tylko trochę spokoju, nim umrę. I nie chcę współczucia, tylko miejsca, gdzie mógłbym się ukryć." Nie potrafię już pisać o tym utworze...

"My Life Has Been Saved" sprowadza na powrót nieco pogodniejszy nastrój. Bo to pogodna, delikatna piosenka. Pełna ciepłych harmonii i miękkich dźwięków klawiszy. Choć nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że jest w jej warstwie tekstowej trochę ukrytej ironii. "Co dzień widzę śmierć na każdej niemal stronie gazety. Ale ja miałem to szczęście. Dzięki Ci, Panie. Moje życie zostało ocalone..." Ale może tylko wydaje mi się, że dostrzegam w tym sarkazm. Może nie umiem inaczej słuchać tej płyty...

"I Was Born To Love You" również dane nam było poznać dekadę temu na solowej płycie Mercurego, ale tutaj muzycy Queen suną z typową dla siebie elegancją i ta skoczna piosenka nabiera cech pięknej rockowej jazdy. I znowu gdyby dokonać drobnej korekty w znanym dotąd tłumaczeniu... "Urodziłem się po to, by was kochać. Każdym jednym uderzeniem mojego serca. I po to, żeby troszczyć się o was. Każdego dnia." Zabawa słowami, zabawa znaczeniami. Pamiętam, jak Freddie wykonał ten utwór podczas Live Aid, pamiętam jego niesłychaną wielkość i te dziesiątki tysięcy szalejących ze szczęścia ludzi. "Jestem tu po to, by was kochać..."

"A przecież wszystkim mogłoby tu być jak w niebie... Tym światem można by się sycić, można by się cieszyć." "Heaven For Everyone" - kolejna spokojna, stonowana pieśń, w której tekst znów zdaje się odgrywać ważniejszą rolę . "Popatrz, co ludzie potrafią zrobić ludziom - odbierają im cel w życiu, albo po prostu odbierają życie. Duma i godność zdeptane bez cienia litości. Podczas gdy mogło tu być przecież jak w niebie..." Ten utwór napisał Roger Taylor, ale specjalnie go tutaj nie słychać. Zaśpiewał go ten, który najlepiej wiedział, co znaczy umykający czas, gdy ty jeszcze nie zdążyłeś rozdać wszystkiego tego, co w tobie najlepsze... Gdy w 1992 roku Brian May zaśpiewał wstrząsające "Too Much Love Will Kill You", nawet nie podejrzewałem, że ten utwór istnieje również w wersji zaśpiewanej przez Freddiego. Nie napisał go, ale zaśpiewał tak przejmująco jak tylko potrafił. Bo to przecież o nim. Łatwo wygłaszać banały "wyśpiewał swoje życie", "odkrył swoje wnętrze". A ilu ludzi tak naprawdę byłoby stać na to, by zdając sobie sprawę, że czas ucieka nieprzytomnie, powiedzieć: "Zbyt wielka miłość zabije cię, jeśli nie umiesz podjąć decyzji, rozdarty między kochaniem, a miłością co za tobą. Mkniesz ku katastrofie, bo nigdy nie zważałeś na ostrzeżenia. Zbyt wielka miłość zabije cię, wyssie z ciebie wszystkie siły, aż będziesz czołgał się błagając i krzycząc, aż ból sprowadzi na ciebie szaleństwo. Jesteś ofiarą własnej zbrodni. I w końcu zabije cię ta zbyt wielka miłość. Zabije cię..." I nigdy już nie uwolnię się od tego utworu z płyty wydanej szóstego listopada 1995 roku...

Potem jest jeszcze "You Dont Fool Me", "A Winters Tale" i powtórzony "Its A Beatiful Day" przechodzący w dwudziesto dwu minutową, instrumentalną impresję. Kodę. "Jaki piękny dzień - świeci słońce, ja dobrze się czuję..." Być może ukaże się jeszcze kiedyś jakiś materiał sygnowany nazwą Queen. Ale tak wielka płyta chyba już nie. Ta jest ostatnia. Żegnaj, Freddie. Chociaż nie. Raczej - do zobaczenia. Gdzieś, kiedyś...