WITAM W DZIALE ***PRASA*** ARTYKUŁY, WYWIADY, RECENZJE ORAZ WYCINKI I CIEKAWOSTKI Z GAZET...

*** KRÓLOWA NA SPRZEDAŻ ***

Cały ten rok po śmierci Freddiego był rokiem pieniądza. Dzień po dniu różni ludzie zarywali noce by wymyślić jeszcze coś, co może podtrzymać koniekturę na Queen. Zdrowy kapitalistyczny odruch: zarobić. Że na śmierci? A cóż w tym zdrożnego.

Przed rokiem, 24 listopada 1991 zmarł na AIDS Freddie Mercury - znakomity muzyk, wokalista i lider angielskiego zespołu Queen. Jeśli ktoś wierzył, że ta niepotrzebna, przedwczesna śmierć cokolwiek zmieni, srodze się zawiódł. Co naprawdę mogła zmienić - muzykę, ludzką psychikę?
Śmierć Freddiego wywołała bezprecedensową modę na wszystko, co się łączyło z grupą Queen, której Freddie poświęcił dosłownie całe swoje dorosłe życie. Przecież od 1970 roku spędzali wspólnie każdą chwilę - nagrywali kolejne, z reguły bardzo dobre płyty, koncertowali.
Szaleństwo zaczeło się zaraz po śmierci Mercurego. Płyta "Innuendo" skoczyła o kilkanaście miejsc na liście hitów. To samo spotkało oba albumy z największymi przebojami. Zwykle przed gwiazdką liczą się tylko spokojne, rodzinne płyty. Tym razem bez konkurencyjne były albumy Queenu i odkurzony po 17 latach znakomity utwór - być może najlepszy w całej karierze zespołu - "Bohemian Rhapsody". Zresztą piosenkę tę, z pełnym powodzeniem wykorzystano w bijącym wszelkie rekordy powodzenia, pokazywanej właśnie na naszych ekranach kinowych głupawej komedii amerykańskiej "Świat Waynea".

Przypomniano także wszystkie wcześniejsze płyty. Popyt był ogromny. Szaleństwo trwało wszędzie, gdzie kochano muzykę Mercurego. Także w Polsce. O zaspokojenie zapotrzebowania na piosenki Queen postarali się piraci, kopiując szybko i wszystko. Importerzy płyt kompaktowych zwietrzyli dobry biznes błyskawicznie podnosząc ceny płyt, które jeszcze miesiąc wcześniej sprzedawały się przeciętnie, a nagle zaczęły znikać z półek. Więc za krążki sprzed kilku lub kilkunastu lat trzeba było płacić jak za nowości.

Kulminacja nastąpiła na stadionie Wembley 20 kwietnia, podczas wielkiego koncertu poświęconego pamięci Freddiego. Kilkadziesiąt tysięcy słuchaczy, miliony telewidzów niemal na całym świecie, śledzących bezpośrednio niezwykły koncert i... chyba jednak rozczarowanie. Okazało się, że Mercurego nie jest łatwo naśladować. Niektóre z wielkich gwiazd zaprezentowały się blado. Inni - jak choćby Def Leppard - postanowili wspomóc w ten sposób promocję własnych płyt i woleli śpiewać własne kompozycje. Była wspaniała atmosfera na widowni, czerwone wstążeczki na widowni symbolizujące solidarność w walce z AIDS, a wykonawcy ściskali się wzajemnie, wykrzykując jak to jest wspaniale i jak cudowna jest publika. Trochę zbyt natrętnie. A co z muzyką, z niepowtarzalnymi kompozycjami Mercurego? Liczono, że archiwum zostaną wygrzebane nie publikowane wcześniej piosenki Queen. I tu fanów spotkało największe rozczarowanie. Dwupłytowy album "Live At Wembley" właściwie powtórzył doskonale znany koncert z Budapesztu, nie zmieniono nawet kolejności utworów. A przecież wiadomo że zespół nie był w tedy w najlepszej formie, przeżywał wyraźny kryzys.
Pojawiły się także kasety video "Greatest Flix I i II" czyli zbiór wideoclipów, dokumentujących obrazkami płyty z największymi hitami. I to wszystko. Żadnych niespodzianek.

W bardzo niezręcznej sytuacji znaleźli się żyjący członkowie zespołu, głównie Brian May i John Deacon*. Oni wzięli na siebie obowiązek reprezentowania grupy i występowania... w imieniu Freddiego. Odbierali zaległe nagrody, które nagle zaczęły spływać na Queen w niespotykanej podczas dwudziestoletniej kariery obfitości. Wychodzili zażenowani na scenę i dukali, że dziękują, i że "Freddie jest gdzieś tam z pewnością zachwycony".
Brian May jako jedyny próbował robić, to co umie robić najlepiej czyli grać. Niestety dołożył do tego śpiewanie, a w tej dziedzinie do mistrzów nie należy. Wyszedł z tego wątpły przebój o tym, że "Zbyt Wiele Miłości Cię Zabiło". Piosenka cieszyła się powodzeniem, a jakie wcale nie zasłużyła. No, ale gdy zabrakło prawdziwych piosenek Queenu musiało wystarczyć cokolwiek.

Śmierć Mercurego miała też wstrząsnąć ludzkimi sumieniami, zwracając uwagę na "dżumę XX wieku" - AIDS. I rzeczywiście, wykorzystano ją propagandowo. Liczne fundacje zdobyły dodatkowe fundusze, a kilka znanych osobistości przyznało się do choroby - m.in. koszykarz Magic Jonson. Ale ci, którzy głosili, że AIDS to kara za grzeszne życie i tak nie zmienili swojego zdania. Dla nich Freddie był tylko zepsutym biseksualistą, którego dosięgła karząca ręka Boga. Freddie mógłby i powinien jeszcze żyć. Kryzys artystyczny połowy lat osiemdziesiątych miał za sobą. Powinien wraz z Monserat Caballe otwierać igrzyska olimpijskie w Barcelonie. A przede wszystkim powinien komponować i śpiewać przez wiele lat swoje wspaniałe utwory. Jeśli coś do nas przez ten rok naprawdę dotarło, to świadomość, że nie usłyszymy już nowych piosenek Mercurego. Bez względu na to, jak bardzo będziemy za nim tęsknić. (Paweł Zapała)