WITAM W DZIALE ***PRASA*** ARTYKUŁY, WYWIADY, RECENZJE ORAZ WYCINKI I CIEKAWOSTKI Z GAZET...

*** QUEEN W ZAMYŚLENIU ***

W spotkaniu na Wembley uczestniczyliśmy wszyscy. Dzięki telewizji. Nasz korespondent był jednym z 72 tysięcy szczęśliwców, którzy tego dnia słuchali muzyki Queen na żywo. Oto jego wspomnienia z koncertu, który już przeszedł do historii.

Największe sławy rockowego (i nie tylko) świata stawiły się na koncert poświęcony pamięci Freddiego Mercurego. 72 tysiące fanów, ściśniętych jak sardynki, wypełniło stadion po brzegi. Koncert został zorganizowany w ciągu zaledwie dziesięciu tygodni - przez członków Queen oraz człowieka, który pracował przy Live Aid - Harveya Goldsmitha. Rezultat - niezwykły wieczór, podczas którego śmiech przeplatał się ze łzami. Spektakularne party, w którym Freddie na pewno chciałby uczestniczyć.
Wembley Park. Już na stacji metra, z dala od stadionu, czuło się atmosferę wielkiego wydarzenia. Z trudem udało się przedrzeć przez tłum koników oferujących bilety, oczywiście po dwukrotnie wyższych cenach niż w kasie (55 - 60 funtów). Przy okazji kilka słów o biletach. To była przedziwna sprawa, 72 tysiące kart wstępu sprzedano w kilka godzin. A żeby było jeszcze dziwnej, w chwili, gdy tysiące fanów stały w kolejkach przed kasami, nieznana była zupełnie lista wykonawców.
Tłum, który wypłynął z pociągu, uformował się w barwny, międzynarodowy pochód. Słychać było wszystkie języki świata. Fani z Japonii, głośna grupa z Belgii, Niemcy, Francuzi a nawet Australijczycy. W tak wesołej atmosferze dotarłem pod stadion. Była godzina dwudziesta. Wszystkie wejścia na stadion otoczone przez tysiące ludzi. Jak się okazało, pierwsi ściągneli tu już 36 godzin przed koncertem. Krótka narada ze znajomymi i decyzja - idziemy na "stojące". Tak więc usiedliśmy spokojnie na ziemi i pogrążyliśmy się w lekturze prasy. Ale niezbyt długo trwała ta sielanka. Tuż około pierwszej tłum zaczął przeć do przodu. Żeby uniknąć zdeptania, ruszyłem ze wszystkimi. Następne trzy godziny to koszmar. ściśnięty na pozycji, przeklinałem w duchu tego, kto wpadł na pomysł zajęcia miejsca na murawie. Oberwało się także organizatorom, którzy jak nigdy byli bardzo punktualni i trzymali nas tak do godziny szesnastej.
W tym samym czasie muzycy odbywali ostatnie próby. Publiczność każdego z wieczornych artystów nagradzała brawami. A gdy zabrzmiały dźwięki "We Are The Champions", tłum oszalał. Kilka tysięcy osób zgromadzonych na ogromnych schodach odśpiewało cały utwór wraz z Lizą Minnelli. Zapowiadało się na gorący wieczór.
Zaopatrzony w kanapki i napoje dotarłem wreszcie na swoje miejsce, kilkanaście metrów od estrady. Punktualnie o godzinie osiemnastej koncert rozpoczęły dźwięki "Bohemian Rhapsody". Muzycy Queen pojawili się na scenie. "Jesteśmy tu po to, by uczcić życie, prace i marzenia Freddiego Mercurego" - rozpoczął Brian May. A Roger Taylor dodał: "You can cry as much as you want." Ale nikomu nie zbierało się na płacz (na razie), gdyż na estradę wbiegli Amerykanie.

METALLICA
Ich występ był dla mnie miłym zaskoczeniem. Krótki program otworzył "Enter Sandman" z ciężkimi riffami Hammeta i potężną perkusją Ulricha. Wspaniałe, mocne brzmienie ożywiło nieco już zmęczoną publiczność. Gitarzyści, jak przystało na prawdziwych metalowych herosów, wykonali rutynowy headbanging, a niezmordowany perkusista uraczał nas tysiącem swoich zabawnych min. Balladą "Nothing Else Matters" udowodnili wszystkim, że są nie tylko zespołem thrashowym.

EXTREME
Grupa, która rozumie muzykę Queen lepiej niż ktokolwiek na świecie. tą zapowiedzią Maya zdziwiony, jak chyba wszyscy uczestnicy koncertu. Zdziwiony, ale tylko przez chwilę. Czwórka z Bostonu po prostu rzuciła mnie na kolana. W momencie, gdy Gary Cherone wykonał wstęp do "Mustapha", zrozumiałem, że Brian miał rację. Grupa zagrała wiązankę największych przebojów Queen, oddając w ten sposób hołd geniuszowi i wyobraźni muzycznej Królowej. Przez heavyrockowy "Keep Yourself Alive" po popowy "Radio Ga Ga" i funkowy "Another One Bites The Dust". Z estrady powiało świeżością, młodością i radością. Oczywiście złośliwi powiedzą: jak może być inaczej, skoro zagrali wyłącznie przeboje. No dobrze, ale jak zagrali. "Radio Ga Ga" (bez nieodzownych klawiszy) stało się popisem fantastycznego gitarzysty Nuno Bettencourta. Dynamiczny wokalista bez trudu wciągnoł do zabawy wielotysięczny tłum. Występ zakończyły dwa połączone utwory: "Love Of My Life" i "More Than Words", odśpiewane przez olbrzymi chór zgromadzony na Wembley.
W chwili, gdy na estradę wyjeżdżał sprzęt kolejnej grupy, przypomniałem sobie pamiętny Live Aid. Pamiętacie występ Queen? Zagrali wtedy wiązankę swoich przebojów. Analogia z występem Extreme nasuwa się sama.
Spoglądając na olbrzymie ekrany, na których wyświetlano znane clipy, oraz wspominając podobne przedsięwzięcie przed kilku lat, nie zauważyłem, kiedy na estradę wbiegła następna grupa.

DEF LEPPARD
"Animal" - pierwszy utwór - to prawdziwa klapa. Zabrzmiało bardzo płytko i bez wyrazu. Zagrany kompletnie bez polotu spowodował bardzo zimne przyjęcie publiczności. Fatalne partie wokalne. Również gitarzyści sprawiali wrażenie, jakby grali ze sobą pierwszy raz. Jedynie jednoręki perkusista dawał z siebie wszystko. Zauważyli to operatorzy kamer, którzy na ogromnych ekranach wciąż pokazywali jego bose stopy. Humor poprawił się nieco utwór "Now Im Here", ale tylko dlatego, że Brian May dodał dźwięki swojej gitary. Nie była to najlepsza reklama dla grupy tuż przed trasą po Królestwie.

SPINAL TAP
Dowcipnisie ze Spinal Tap wykonali tylko jeden utwór, a i to nie bez przeszkód. Swój hołd Freddiemu oddali piosenką "The Majesty Of Rock". Nieporozumienie - tak najkrócej można podsumować ich występ. Na nic zdały się dowcipy, nieco wymuszone, typu Thank you Wimbledon. Dziwi mnie, że organizatorzy zdecydowali się pokazać tę grupę, tym bardziej, że na zapleczu przy barze siedzieli m.in. Scorpions.

GUNS N' ROSES
Do samego końca nie wierzyłem, że ta zwariowana piątka zjawi się w Londynie. Wątpliwości rozwiała wniesiona na estradę perkusja z nazwą grupy. A więc jednak. Oczywiście nie obyło się bez skandaliku. Angielscy homoseksualiści szumnie wyrazili swoje niezadowolenie z przyjazdu i uczestnictwa Guns N' Roses w koncercie. Przyczyna to oczywiście tekst "One In A Million". Wiele mówiło się o tym utworze przez lata. Tłumaczył się Slash, a ostatnio mówił na tem temat Axl na łamach "Rolling Stone". Wykonali tylko dwa utwory" "Paradise City" i "Knockin' On Heaven's Door" - poprzedzony przez Slasha wstępem z "Only Women Bleed" Alice Coopera. Cóż, każdy kto widział ich kiedykolwiek na żywo, nigdy nie zapomni tej chwili. Z głośników, jak wulkaniczna lawa, wylała się gorąca, żywa i dynamiczna muzyka. Axl, prawdziwe tornado na dwóch nogach, wykonał swój szalony taniec. Slash, z nierozłącznym papierosem, zgrabnymi solówkami udowodnił, że należy do najlepszych gitarzystów na świecie. Grupa niestety już bez Izzyego Clarke. Wystąpili w poszerzonym składzie o żeńską grupę wokalną oraz nie zindenfikowanego osobnika wspomagającego Dizzy Reeda na klawiszach. Ruch, żywioł, prawda - to, co w końcu najważniejsze. Axl jest tym dla Cuns N' Roses, czym Freddie był dla Queen. Już teraz czekam niecierpliwie na ich czerwcowy występ tu na Wembley.

PRZYJACIELE KRÓLOWEJ
Kilkanaście wybuchów i oto rozpoczął się ostatni koncert grupy Queen. Na estradzie Taylor, Deacon, May, Slash, Elliott. "Tie Your Mother Down" poderwało wszystkich na równe nogi. May, jak przystało na dżentelmena, pozostawił główne solo gitarowe gościowi z Guns N' Roses. Na estradzie pozostali koledzy Mercurego. Młodsze gwiazdy ustąpiły miejsca weteranom. Mistrz super ciężkich riffów Tony Iommi oraz Roger Daltrey pokazali, że stara gwardia ma się zupełne dobrze. "I Want It All" zabrzmiało bardzo heavy dzięki gitarzyście Black Sabbath. Muzycy, którzy wcześniej nigdy ze sobą nie grali, wspaniale rozumieli i bawili zarazem. Gitarowy duet wplótł w utwór fragmenty "Heaven And Hell" i "Pinball Wizard". Daltrey jak za starych czasów wywijał sznurem od mikrofonu jak lassem. Nieco ostudził temperaturę Zucchero. Trwało to jednak tylko chwilę. "Hammer To Fall" sprawił, że znowu zawrzało. To bez wątpienia jeden z najlepszych momentów wieczoru. Świetna gitara Iommiego. To właśnie on wraz z obdarzonym wspaniałym głosem, dużą wyobraźnią muzyczną oraz naturalnym sposobem bycia, wokalistą Extreme rozpalili publiczność do białości. Sprawili, że zupełnie zapomniałem o zmęczeniu. Ale wiadomo - wszystko co dobre szybko się kończy. Czar prysł, gdy usłyszałem "Stone Cold Crazy". Przerobiony na thrashową papkę okazał się totalnym niewypałem. Stanowczo za szybki utwór dla Queen. W pewnej chwili wydawało mi się, że muzycy stracili kontrolę nad tempem. Reszty dopełniał fatalny śpiew Jamesa Hetfielda.
Wreszcie chwila wytchnienia. Muzycy znikają ze sceny. Za klawiszami siada Brian May. Zaśpiewał utwór o wymownym tytule "Too Much Love Will Kill You". I wprost zahipnotyzował stadion. Zapłonęło tysiące ogników. Nie po raz ostatni Brian ocierał łzy tego wieczoru. Zresztą chyba nie tylko on.
Show Must Go On - na estradzie następny gość - Paul Young. "Radio Ga Ga", przyznam szczerze, że nie lubię tego utworu. Jednak nie sposób było nie śpiewać wraz ze wszystkimi. Znów gęsty las uniesionych rąk. Naprawdę coś pięknego. Publiczność tego wieczoru upodobała sobie ten utwór. Wystarczyło, że w pierwszej części koncertu pojawił się króciutki jego fragment, a już tysiące wzniesionych ramion falowało w powietrzu.
Największe brawa za wykonanie "Who Wants To Live Frorever" należą się publicznośći (przepraszam wielbicieli Seala, o ile są takowi wśród czytelników). Dzięki fatalnej obsłudze technicznej, która wielokrotnie dawała popis nieudolności, po prostu nic nie było słychać. Podobnie z Lisą Stansfield. Tyle tylko, że w tym wypadku wyszło to piosence na dobre. Tajemnicą pozostanie, kto zaprosił tę panią. Jakże blado wypadła przy Annie Lennox, która w duecie z Davidem Bowie zaśpiewała "Under Pressure". To bez wątpienia najlepszy moment tego wieczoru. Może to dziwne, ale tylko w tym utworze nie brakowało charakterystycznego głosu nieobecnego bohatera wieczoru.
Na estradę wchodzą następni goście - Ian Hunter i Mick Ronson. "All The Young Dudes" z saksofonem Davida Bowie i głosami Def Leppard zabrzmiało jak za starych dobrych lat. Chwilę później zaskoczenie. Tak, przecież to "Heroes" ze wspaniałą gitarą Ronsona. Jakże okrutne bywa życie. Ten świetny muzyk od dawna walczy z rakiem. Z początku żartujący Bowie pod koniec występu odmówił modlitwę w intencji swojego przyjaciela chorego na AIDS. Stadion zamarł, wszyscy wpatrzyli się w małą klęczącą postać na scenie.
Następny gość, znowu odkurzone przeboje. Obdarzony wspaniałym, czarnym głosem George Michael obronną ręką wyszedł z "Somebody To Love". Wspomagany przez murzyński chór i tysiące gardeł przed estradą. Elton John (co za wspaniała nowa fryzura) zaśpiewał "Bohemian Rhapsody". Przyznam się, że z początku zastanawiałem się, jak stary przyjaciel Freddiego poradzi sobie z ostrą rockową partią tej piosenki. No tak, że się wcześniej nie domyśliłem. Przy oszałamiającym ryku publiczności na scenę wbiegł szaleniec zza oceanu. Axl nadał temu fragmentowi nowy wyraz. Pokawił się zresztą ponownie w "We Will Rock You". A później mógł być tylko jeden utwór: "We Are The Champions". Liza Minneli dorzuciła do tej mieszanki rocka i popu odrobinę broodwayowskiego stylu. Na scenie pojawiło się ponad 100 osób, wśród których rozpoznałem członków Scorpions, Davida Gilmoura, Erica Claptona. Na twarzy Briana Maya pojawiły się łzy. Zwykle uśmiechający się Roger Taylor z wymuszonym uśmiechem podziękował wszystkim. Muzycy znikają ze sceny. Na olbrzymich ekranach pojawia się twarz Freddiego. Wszyscy z zadartymi do góry głowami śpiewają "God Save The Queen". Kilka dziewczyn obok mnie ociera łzy. Na niebie rozbłyskują się sztuczne ognie. To już koniec. Nie tylko dzisiejszego wieczoru, ale też chyba muzycznej kariery grupy Queen. Światła się rozpaliły, cały tłum ruszył do wyjścia. Nie było wesołych, roześmianych twarzy. Wszyscy wychodzili bez słowa, w zamyśleniu.
Zaraz po powrocie do domu wygrzebałem zakurzony kompakt i jakby mi było mało nastawiłem "We Are The Champions"... (Wiesław Barczyszyn)