WITAM W DZIALE ***PRASA*** ARTYKUŁY, WYWIADY, RECENZJE ORAZ WYCINKI I CIEKAWOSTKI Z GAZET...

*** FREDDIE W SERCACH FANÓW ***

Co roku pod jego domem gromadziły się tłumy fanów z kwiatami. Tym razem ulica świeciła pustkami. Gdyby nie wierni fani z Polski, świat zapomniałby o urodzinach wielkiego wokalisty.

Gdyby muzyk dziś żył, skończyłby właśnie 61 lat. Przyszedł na świat 5 września 1946 roku na egzotycznej wyspie Zanzibar na Oceanie Indyjskim, choć większość swojego życia spędził w Londynie. Od chwili śmierci artysty w 1991 roku fani składali pod jego domem setki kwiatów. Przyjeżdżali zarówno w rocznicę jego śmierci, jak i urodzin. Zasypaną wieńcami ulicę Logan Place na Kensington można zobaczyć nawet w teledysku do piosenki "Heaven for Everyone" nagranej przez Queen już po śmierci wokalisty. W tym roku świat zapomniał o urodzinach wielkiego artysty. Pod drzwiami jego domu na próżno było szukać tłumu zapłakanych fanów. Na szczęście honor uratowali Polacy z internetowego fanklubu Queen, którzy specjalnie przyjechali do Londynu, aby złożyć kwiaty dla swojego idola. - Wypadało tutaj być w tym wyjątkowym dniu - stwierdził Piotrek z Rybnika.

Przy spokojnej uliczce Logan Place stoi ledwo kilkanaście posesji. Pod numerem 1. zamieszkał w latach 80-tych Freddie Mercury. Parcela zwana Garden Lodge otoczona jest wysokim murem, który fani od dawna pokrywają wyznaniami miłości i podziękowaniami za wspaniałą muzykę. Do dziś mieszka tam Mary Austin, była narzeczona wokalisty i jego wieloletnia przyjaciółka. Kobieta unika rozgłosu i ceni swoją prywatność, choć w tym roku wyjątkowo wyszła do fanów i chwilę z nimi porozmawiała.

- To wspaniałe przeżycie być dzisiaj w tym miejscu - mówi Mariola, wielka fanka Queen. Razem ze swoim chłopakiem Tomkiem przyjechała z Luton, aby złożyć kwiaty dla swojego ulubionego artysty. Pod drzwiami Garden Lodge czekał na nich Piotrek, znajomy z fan clubu. Wpadł do Londynu tylko na kilka godzin, następnego dnia miał samolot do Polski. Wszyscy poznali się przez internetowe forum o zespole Queen. Od tamtej pory umawiają się na coroczne zloty i spotkania.

Tomek jest zmartwiony faktem, że świat zapomniał o wielkim piosenkarzu. - Jeszcze w zeszłym roku spotkałem tutaj 30 osób. Połowa z nich była z Polski. Z roku na rok jest coraz gorzej - smuci się. Gdy Polacy składali pod drzwiami rockmana kwiaty i pocztówki urodzinowe, ulicą przechodzili zdumieni Anglicy. Przyglądali się ze zdziwieniem i pytali, kto w tym domu mieszka. - Freddie? Ale on przecież już nie żyje! No tak, niezły był z niego muzyk - wzruszyła się napotkana przypadkiem Brytyjka w średnim wieku. Po kilku minutach poszła dalej przed siebie.

O posiadłości Garden Lodge krążą legendy. Wokalista kupił ją podobno od londyńskiego prawnika za 500 tysięcy funtów, choć wcześniej nie miał nawet czasu jej obejrzeć. Był akurat w trasie koncertowej i decyzję podjął na podstawie zdjęć. Wielu fanów Queen uważa, iż muzyk z pewnością żył w luksusach, choć bywalcy jego domu podkreślali, iż nie jest to żadna rezydencja. Zwyczajny niewielki dom z ogrodem, który miał zapewnić idolowi odrobinę prywatności.To właśnie tutaj Freddie Mercury wyprawiał pamiętne przyjęcia i huczne imprezy, podczas których zupełnie nie liczył się z kosztami.

Alkohol lał się strumieniami, nie brakowało też ponoć innych używek. Artysta dokupił później drugi przyległy budynek, w którym urządził prywatny hotel dla gości i przyjaciół. Do dzisiaj słynny dom otoczony jest wysokim murem, a na jego szczycie wisi drut kolczasty. Pobliskie latarnie posmarowano brudzącą farbą, aby nikomu nie przyszło do głowy wspinać się na nie.

Widok na ogród jest możliwy z okien pobliskiego hotelu. Jedyny pokój, z którego da się cokolwiek zobaczyć, od lat jest niedostępny. Podobno wynajęła go sama Mary, aby uciec od ciekawskich ludzi i żyć w spokoju. Mimo to niektórzy fani znajdują sposoby, aby zobaczyć, co jest za ogrodzeniem. Wspinają się po murze do wysokości drutu kolczastego i przeciskają aparat fotograficzny. Mówią, że w środku widać zadbany ogród, dużo kwiatów, mały strumyk z wodospadem.

Nie tylko Londyn zapomniał o wielkim artyście. W zeszłym roku pomysł organizacji obchodów 60-lecia jego urodzin na Zanzibarze wzbudził protesty islamskiej organizacji UAMSHO. Farrokh Bulsara, bo tak naprawdę nazywał się wokalista, nie był muzułmaninem, czego nie mogły przeboleć lokalne władze. Imprezy rocznicowe zostały więc odwołane.

Słabnące zainteresowanie muzykiem odczuła kwiaciarnia w pobliżu domu muzyka. - Kilka lat temu przychodziło znacznie więcej fanów - mówi właścicielka. Od 30 lat prowadzi małą budkę przy pobliskiej Earls Court Road. - Pamiętam dobrze Freddiego, bo kupował tutaj bukiety. Zawsze był miły i uśmiechnięty. Do dziś wzruszam się, gdy fani proszą o kwiaty dla niego.

Mariola z Luton była jedną z nielicznych osób, którym udało się porozmawiać z byłą narzeczoną Freddiego, Mary. - Wyszła z domu i zatrzymała się na chwilę przy nas. Podziękowała za pamięć - mówi z przejęciem. - Chcieliśmy zrobić sobie z nią zdjęcie, ale odmówiła. Stwierdziła, że jest cała brudna, bo pracowała w ogródku. Musieliśmy zadowolić się autografem.

Fani Queen mówią, że Logan Place to magiczne miejsce. Gdy przychodzą pod ten dom, ciężko im później odejść. Podobno w ogrodzie spoczywają również prochy artysty. Legenda głosi co prawda, że rozsypano je nad Jeziorem Genewskim w Szwajcarii, tam zespół posiadał prywatne studio i nagrał większość płyt, ale Freddie jeszcze za życia podkreślał, że chce być pochowany we własnym ogrodzie pod wiśnią. - Ten człowiek uwielbiał Japonię, a to kraj kwitnącej wiśni - wyjaśnia Tomek, chłopak Marioli. Polacy zapowiedzieli, iż wrócą pod Garden Lodge w listopadzie, w 16 rocznicę śmierci muzyka. - Mamy nadzieję, że reszta świata też nie zapomni o tym człowieku - mówią na odchodne.