WITAM W DZIALE ***PRASA*** ARTYKUŁY, WYWIADY, RECENZJE ORAZ WYCINKI I CIEKAWOSTKI Z GAZET...

*** HISZPAŃSKA RAPSODIA ***

Specjalnie dla "Tylko Rocka" Monserrat Caballe wspomina Freddiego Mercury'ego. Robert Pullen i Stephen J. Taylor, oficjalnie biografowie Monserrat Caballe, udostępnili nam nie publikowane dotąd wypowiedzi śpiewaczki na temat jej współpracy z Freddiem Mercurym.

Nie przedstawiał siebie jako wielbiciela, konesera opery; twierdził tylko, że się nią interesuje. Gdy więc w roku 1987 media doniosły o jego wspólnych nagraniach z Monserrat Caballe, publiczność co prawda poczuła się zaskoczona, ale zaskoczona umiarkowanie. Freddie przecież zaskakiwał już tyle razy, że jeśli znowu zaskoczył, to (prawie) nie zaskoczył. Pozatym ludzie akurat mieli inne zajęcie - właśnie wtedy po raz pierwszy ktoś postawił pytanie: Ma AIDS czy może jednak nie?... Mercury i Caballe po raz pierwszy spotkali się - jakżeby inaczej - w Barcelonie. Spotkali w towarzystwie starego współpracownika Queen, współkompozytora utworów, które później wypełniły album Brarelona - pianisty Mikea Morana. Był marzec 1987 roku, hotel Ritz, pora lunchu. Jedli i rozmawiali. Brytyjczycy przywieźli ze sobą dwie piosenki. Wszyscy mieli lekką tremę, ale nie zmąciło to dobrego nastroju. Wręcz przeciwnie. Towarzystwo przeniosło się do ogrodu, gdzie stał fortepian. Obu stronom zależało na tej współpracy. On rok czy półtora wcześniej przypadkowo włączył telewizor, a potem oniemiał - głos hiszpanki zrobił na nim ogromne wrażenie.

Po prostu mnie zauroczył. Jak się okazało, nie był dla niej postacią anonimową. Nie tak, by mogła żonglować tytułami piosenek Queen - znają je dobrze jej dzieci, dwudziestoczteroletni syn i dwudziesto jedno letnia dziś córka - ale zawsze. Nasłuchała się Queen przez ścianę. Wiedziała że Mercury potrafi nie mało. To ważne. To ułatwiło porozumienie. Nabrała ochoty, co nie znaczy że obyło się bez obaw. Obaw szczególnych, attoli przecież zrozumiałych. Najpierw upewniłem się - opowiada Freddie - czy przedtem w ogóle o mnie słyszała. Okazało się, że postarała się o stare płyty Queen, ponieważ sądziła, że będziemy nagrywać rzeczy utrzymane w takim stylu... Nie, naprawdę nie - mówienie jej, żeby sugerowała się tymi wszystkimi zakręconymi partiami gitary Briana Maya to ostatnia rzecz, jakiej chciałem! W każdym razie myślała, że zjawie się z bardziej rock'n'rollowym materiałem. Caballe: Zdziwiłam się, bo początkowo wydał mi się jakby nieśmiały, trochę spięty.
"Exercises In Free Love", jedną z dwóch piosenek przywiezionych przez Mercurego i Morana do Katalonii, Caballe juz włączyła do swojego najbliższego londyńskiego repertuaru. To była niespodzianka dla wszystkich, Freddiego nie wyłączając. Przyjemna niespodzianka zresztą. Ryba chwyciła haczyk... Oczywiście w Londynie spotkali się ponownie. Spotkali, rozmawiali i ćwiczyli. W hotelu, potem e operze, wreszcie w domu w dzielnicy Kensington. Wspaniałym domu - opowiada Monserrat. Najpierw słuchaliśmy przygotowanego materiału, potem śpiewaliśmy długie godziny, właściwie całą noc. Do hotelu wróciłam nad ranem. Byłam bardzo zadowolona.
Do londyńskiego spotkania Freddie przygotował się bardzo pięknie. Utwór "Barcelona" był już gotowy. To wspaniały prezent - mówi hiszpańska diwa. Wszyscy pytają się, czy dla mnie, czy też dla mojego rodzinnego miasta, ale odpowiedź nie jest ważna - przecież na jedno wychodzi. W każdym razie byłam bardzo szczęśliwa i myślę, że on był również szczęśliwy. Wyobrażałam sobie te opadające frazy w nowoczesnym budynku operowym. "Traviaty" nie mogłam bardziej wyciągnąć, nawet gdy chciałam, natomiast w "Barcelonie" mogę uczynić to swobodnie.
Utwór "Barcelona" nagrali jeszcze w kwietniu, a publicznie przedstawili na Ibizie w maju 1987 roku. Przedstawili z playbacku. Ciągle pytano mnie - mówił wtedy Mercury - dlaczego nie koncertujemy. Ludzie, zabrakło czasu na odpowiednie próby przed nagrywaniem, cóż tu więc mówić o prawdziwych koncertach.
Czasu rzeczywiście brakowało. I jemu, i jej. Maszyna zaczęła zwalniać obroty. Singiel "Barcelona" pojawił się dopiero jesienią 1987 roku, album - nagrywany w kilku podejściach, oczywiście na szybko, ale - jak to z Mercurym zwykle bywało - bawiono się przy pracy nieźle, czasami, zwłaszcza nocą, śpiewając wyłącznie dla przyjemności.

Freddie: Oboje mamy szczególnego rodzaju poczucie humoru, co nie było niemiłe. Myślałem: "Mój Boże, operowe diwy pewnie muszą być poważne i napuszone". A tu nie - opowiadała dowcipy i żartowała jak normalni ludzie. To bardzo dobrze. Odniosłem wrażenie, że nie brała siebie zbyt serio. Freddie zaimponował Monserrat swym poczuciem humoru. I co ważne, a tak naprawdę najważniejsze, wzajemnie wpływali na swój sposób śpiewania. Caballe: Głos śpiewaczki operowej jest narzędziem w ręku kompozytora. Całe życie śpiewałam jakby pod batutą. A tu po raz pierwszy poczułam swobodę - mój głos uwolnił się. Przekonałam Freddiego, że by śpiewał bardziej zdecydowanie - pełnym głosem, pełną piersią, inaczej niż robił to na co dzień. Zrób użytek ze swego barytonu - mówiłam. Były momenty, że czuł się wtedy nieswojo, coś go hamowało, ale częściej czuł się wspaniale. Widziałam to.
Jeszcze jedna sprawa spośród tych najważniejszych. Sprawa rywalizacji, choćby nieświadomej, spotkania dwóch odległych światów muzycznych i rockowych kompleksów, zupełnie zresztą niepotrzebnych. Caballe - nawet jeśli wziąć poprawkę na kurtuazję - była zachwycona głosem Mercurego. Myślę, że Freddie robił wspaniałe rzeczy. To wielki artysta. Jego baryton był absolutnie zachwycający. Miał jeden z najwspanialszych głosów, jakie kiedy kolwiek słyszałam. Niewiele dodać, nic ująć. w każdym razie rockowiec może posłużyć się "Barceloną" jako tłem do dyskusji o muzyce ze zwolennikiem opery. Może śmiało.

Montserrat Caballe dość często spotykała się z zarzutami zwolenników opery, że jej duet z wokalistą Queen, to jeśli już nie strata czasu, to przynajmniej działalność gorszego rodzaju. Nie! Mój nauczyciel zawsze mi powtarzał: "Cokolwiek śpiewasz, jest muzyką. Nie wolno ci o tym zapomnieć". I nie zapominam. Nie utożsamiam się wyłącznie z jednym gatunkiem muzyki. Gatunków nie można wyróżniać, przekładać jeden nad drugim. Muzyka jest wszędzie. Piosenki Freddiego i moje to sztuka. Kto twierdzi inaczej, nie kocha muzyki. Na tej płycie jest wiele piękna, Jeśli jest ona wytworem artystów, musi być sztuką.

Warto wiedzieć, iż zdaniem śpiewaczki najsmaczniejszy owoc jej związku z wokalistą Queen to "La Japonaise".

Freddie Mercury miał obawy nieco innego rodzaju. Zastanawiałem się - powiadał - jak nasze przedsięwzięcie odbiorą fani Queen. Muszę sprawdzić. Nie chciałem, by przylgnęła do płyty jakaś nalepka stylistyczna. Martwiłbym się, gdyby nazwali ją "perłą rockową", bo to zbyt oklepane. Tę płytę można określić jak się komu podoba, ponieważ stworzyłem utwory tego rodzaju, jakich nigdy dotąd nie napisałem, utwory muszące sprostać naszym głosom. To była trudna praca, ponieważ śpiewamy w różnych rejestrach.
To takie śmieszne - mówi dalej - ona i ja razem... Ale jeśli mamy pokrewne artystyczne dusze, to wtedy traci znaczenie to, że osobliwe razem wyglądamy i przychodzimy z różnych muzycznych światów.

Wspólne nagrania Freddiego i Montserrat zostały zauważone, bo z racji magii nazwisk inaczej być nie mogło, ale z początku nie odniosły przesadnego sukcesu - czyli takiego, do jakiego przyzwyczaił się Mercury w Queen. Ani album, ani single - oprócz "Barcelona/Exercises In Free Love" ukazały się jeszcze "The Golden Boy" (1988) i "How Can I Go On" (1989). Tylko w Hiszpanii, a zwłaszcza w samej Katalonii (gdzie singiel z Barceloną wydano wcześniej) nagrania Mercurego i Caballe biły rekordy powodzenia - dziesięć tysięcy egzemplarzy ich pierwszej płytki sprzedano w trzy godziny od chwili jej pojawienia się w sklepach. Sukces wspaniały, ale jakby marginalny, tak jak dla obojga bohaterów marginalne może się wydawać ich wspólne dzieło. Ale nie. Oboje ową współpracę traktowali nie tylko jako wyzwanie, ile jako spełnienie marzeń. No i takie spotkania, spotkania na absolutnym szczycie, spotkania gwiazd z różnych galaktyk, doprawdy nie odbywają się codziennie. A poza tym...
Dla Freddiego Mercurego "Barcelona" była największym osiągnięciem artystycznym poza grupą Queen. Próbował parę razy, wygrał właściwie raz, właśnie wtedy, właśnie z nią.
Dla Monsterrat Caballe "Barcelona" ma oczywiście inną wartość. Przeżyłam kilka takich chwil, jakich nie doświadczyłam wcześniej. Naprawdę miłych chwil. Idę ulicą, a tu słychać "Barcelonę". To wspaniałe, że śpiewaczka operowa może komunikować się z nastolatkami uwielbiającymi pop. A kiedy ostatnio występowałam w Paryżu, zrobiono mi niespodziankę, specjalnie dla mnie puszczając tę piosenkę. Hiszpańskiej artytsce album "Barcelona" zostawił na tyle dobre wspomnienia, że nie wyklucza ona ponownej wyprawy na tereny bliższe muzyce pop. Może nawet w przyszłym roku, choć dotychczas nic nie zostało ustalone. Już jestem kobietą zajętą, a wtedy będę jeszcze bardziej zajęta - komentuje.

Odtwarzany z taśmy głos Monserrat Caballe śpiewającej Verdiego towarzyszył ceremonii pogrzebowej Freddiego Mercurego.